Suka jest wymęczona.
Leży na łóżku ciężko oddychając, dotykając rozpalonego ciała, sprawdzając palcem gdzie ma siniaki, czekając aż serce przestanie tak walić. Spocona, umazana śliną, spermą, lubrykantem, własnymi sokami...
Suka wspomina.
Wspomina sam początek - gdy przyszedł, od razu po zamknięciu drzwi złapał ją za gardło, zmusił do patrzenia na siebie i zadał jakieś nieznaczące nic pytanie. Z wrażenia nie potrafiła na nie odpowiedzieć, więc powtórzył... zawsze musiała odpowiedzieć. Zawsze. Brutalnie wsunął jej rękę do majtek, sprawdził czy ładnie się wydepilowała, popieścił szybko palcem jej cipkę. Tak, żeby poczuła w całym ciele obezwładniającą rozkosz, ale żeby bynajmniej nie doszła. Zaśmiał się, widząc jej podniecenie i rzucił: "idziemy". Wyszli do miasta na kawę. On idealnie spokojny i opanowany, ona na lekko już drżących nogach. Nic się przecież jeszcze nie stało... nic takiego.... a ledwo kontrolowała swój strach, podniecenie, oczekiwanie...
Jazda metrem... spacer... kawa... zwyczajna rozmowa. Jak dwójka znajomych, jak zupełnie zwyczajni ludzie, jak każdy...
Wspomina tę chwilę, gdy wrócili. Gdy zamknęła drzwi, zdjęła buty, spodnie, delikatne stringi - wszystko pod jego spokojnym spojrzeniem, na cichy rozkaz. Potem komendy. "Stań tu. Oprzyj ręce. Nogi szerzej. Szerzej! Nie słuchasz się suko? Nie odwracaj głowy. Stój tak."
Stała. Pozornie spokojna, w środku już wariująca z oczekiwania. Z podniecenia. Delikatny dotyk skórzanej szpicruty na pośladku... i cios. Jeden, drugi, trzeci. I chwileczka przerwy, delikatne trącanie... każde mogło zamienić się w świszczące uderzenie... nie wiedziała które. Bił spokojnie i metodycznie, obserwując, jak na jej ciele pojawiają się czerwone smugi. Lubił symetrię - nie była w stanie liczyć uderzeń, nie wiedziała, czy było ich tyle samo, ale ból na lewym i prawym pośladku... na udach.. był taki sam. Nawet nie krzyczała. Ból był tak świeży, cudowny, upajający, że stała tylko pełna wdzięczności.
- Twarda jesteś, suko? Nawet nie piśniesz? Dobrze, zobaczymy jak teraz.
Nie obejrzała się. Domyśliła, że zmienił szpicrutę na pejcz. Poczuła kolejne uderzenia. Pejcz był krótki, złożony z kilkunastu skórzanych rzemyków. Bolało bardziej. Jęknęła parę razy, krzyknęła, gdy jeden z rzemyków przewidzianych na wewnętrzną stronę uda trafił ją w cipkę. Ten ból był inny, dużo mocniejszy, odruchowo cofnęła biodra.
- Wypnij dupę - zmroził ją krótki rozkaz pana. Posłusznie się wypięła... w nagrodę Pan się zbliżył i uderzył ręką. Najbardziej boleśnie... i najbardziej cudownie. Zapominała o oddychaniu, gdy dłoń Pana spadała na jej pośladki. Tak dobrze. Tak strasznie. Przy okazji sprawdził, czy już jest mokra, zaśmiał się cicho, poczuwszy jak bardzo. Jeszcze kilka uderzeń pejczem i pozwolił jej stanąć normalnie.
- Rozłóż łóżko - rzucił i stał za nią, obserwując, jak z wypiętym tyłkiem, trzęsącymi się rękami nieudolnie rozkłada prześcieradło. Cały czas oczekiwała na uderzenie... Niewiedza, czy ono nastąpi, niewiedza jaki Pan ma wyraz twarzy, czy coś szykuje, czy tylko patrzy... była oszałamiająca. Była wspaniała. A był to zaledwie wstęp, początek tego wszystkiego, co nastąpiło potem.